Nie ma piękniejszej chwili w modlitwie jak chwila wywyższająca Jezusa i powołująca się na Jego zasługi. I nie ma smutniejszej modlitwy od tej, która zapomniała o Jezusie. Powołanie się na imię Jezusa jest ukoronowaniem każdej modlitwy.

Czy powinny nas niepokoić modlitwy, w których wierzący nie powołują się na zasługi Jezusa i nie przystępują przed majestat Ojca w Jego imieniu? Kiedy w modlitwie nie przywołuje się naszego Odkupiciela, jedynej naszej nadziei, jedynego Orędownika i Arcykapłana, będącego przyczyną naszego istnienia, zbawienia i chrześcijańskiego życia, naszej radości, pokoju oraz pośrednika wszelkich Bożych łask i darów – Jezusa Chrystusa? Być może tak przyzwyczailiśmy się do modlitw, które nie są zanoszone „w imię Jezusa”, że już nie zauważamy, jak wiele jest ich podczas naszych sobotnich nabożeństw. Nie pamiętam już nabożeństwa, w którym we wszystkich modlitwach powołano by się na imię lub zasługi Jezusa. Na kilka modlitw zanoszonych do Boga – na rozpoczęcie zgromadzenia, na zakończenie pierwszej części nabożeństwa, dwie przy zbiórce darów, przed drugą częścią oraz po kazaniu Słowa Bożego – zwykle 2-3 pomijają Chrystusa. Nierzadko już ta pierwsza modlitwa, a więc najważniejsza (Mt 18:20), która rozpoczyna spotkanie całego zgromadzenia. Gdyby o Zbawicielu zapominano tylko w jednej modlitwie, czy powinniśmy być z tego powodu zadowoleni?


Tylko przeze Mnie


Kiedy na początku swej misyjnej działalności Jezus przedstawił na prośbę uczniów modlitwę do Ojca („Ojcze Nasz”), nie zawarł w niej żadnych słów, które nawiązywałyby do Niego samego – „Baranka Bożego, który gładzi grzechy świata”. Przekazana im modlitwa kończy się słowami „Albowiem Twoje jest królestwo, potęga, moc i chwała na wieki wieków. Amen” (Mt 6:9-13). Uczniowie opierali się zapewne na tym wzorcu modlitwy, kiedy codziennie zanosili do Boga osobiste prośby. Nie spodziewali się jednak, że za trzy lata, tuż przed tym, gdy wyruszą głosić Dobrą Nowinę o Zbawicielu świata, Jezus wprowadzi nowy element do ich modlitw, który wyznaczy nowy sposób przystępowania do Ojca. Uczynił to w czasie ostatniej wieczerzy paschalnej. Pod jej koniec wygłosił do uczniów długą pożegnalną mowę, w której kilkakrotnie powtórzył jedną myśl, jakby chciał zwrócić ich uwagę, jak ważne jest jej znaczenie. Powiedział: Przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje” (J 15:16),Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca w imieniu moim, da wam. Dotąd o nic nie prosiliście w imieniu moim; proście, a weźmiecie, aby radość wasza była zupełna (…) Owego dnia w imieniu moim prosić będziecie…” (J 16:23-26). Te niezwykłe i zapewne zaskakujące dla uczniów słowa Jezus wypowiedział na kilka godzin przed swoją śmiercią. Powiedział im, że dotąd (inne przekłady: do tej pory) o nic nie prosili Ojca w Jego imieniu, lecz teraz będą tak czynić, aby ich modlitwy mogły zostać wysłuchane. Musiał istnieć bardzo ważny powód, dla którego Jezus właśnie w tej chwili wprowadza do modlitw uczniów nowy składnik, który de facto wytycza nowy sposób przystępowania przed Boży majestat. Kilkakrotne powtarza, że ich prośby zostaną przez Ojca spełnione, jeśli zaniosą je w Jego imieniu. Ten warunek jest tu bardzo wyraźny, a powtórzenie go nie pozostawia miejsca na domysły: za chwilę uczniowie mają zanosić prośby do Boga zawsze „w imię Jezusa”. Zatem dotyczyć to musi również modlitwy „Ojcze Nasz”, którą Jezus przekazał im kilka lat wcześniej, w okresie swojej służby prorockiej (nauczycielskiej). Za chwilę jednak rozpocznie się okres kapłańskiej (orędowniczej) służby Jezusa w niebie. Co to zmienia? „Dotąd” wierzący mogli prosić w modlitwach Ojca nie powołując się na zasługi Jezusa, gdyż ten warunek spełniały codziennie składane przed Bogiem w świątyni ofiary ze zwierząt wskazujące na Zbawiciela. Za kilka godzin natomiast złożona zostanie ofiara z prawdziwego Baranka Bożego, która zniesie wielowiekowy system ofiarniczy (Mt 27:51), i od tego momentu (po Pięćdziesiątnicy, która rozpoczyna okres kapłański służby Jezusa) wierzący przychodzić będą przed majestat Ojca w niebie jedynie w modlitwach, w których powoływać się będą na ofiarę prawdziwego Baranka (na Jego imię).

W rzeczywistości jednak również modlitwy Izraelitów były wysłuchiwane przez Boga ze względu na zasługi Jezusa – na przyszłą Jego ofiarę, przedstawioną w składanych w świątyni ofiarach ze zwierząt. Izraelici de facto przystępowali do Boga „przez Jezusa” i ich modlitwy wysłuchiwane były „przez Jego zasługi” (które uzyska w przyszłości), choć słowami tego nie wyrażali. I nie musieli, gdyż za ich życia cały czas funkcjonowało pojednawcze ofiarnictwo stopione z przyszłą ofiarą Wybawiciela, która otwierała im dostęp do nieba. Jezus nie zmienia w wieczerniku tej zasady (dostępu przed Boży tron przez zasługi Jego zbawczej ofiary), a jedynie modyfikuje sam sposób przystępowania przed majestat Ojca: przychodzenie do Boga obecnego w świątyni ziemskiej z realną ofiarą baranka (jak czynił to lud Starego Przymierza) zastąpione zostaje przychodzeniem w modlitwie do Boga obecnego w świątyni niebiańskiej i powołanie się na zasługi prawdziwego Baranka – Chrystusa (jak czyni to lud Nowego Przymierza). Chrześcijanie postępują więc odmiennie od Izraelitów w ramach tej samej zasady: ponieważ ofiara z Baranka została za nich „raz na zawsze” złożona, muszą powoływać się w modlitwach na tę ofiarę – czyli na imię (zasługi) tegoż Baranka. Powołanie się w każdej modlitwie na ofiarę Jezusa, jest takim samym okazaniem wiary w odkupieńcze zasługi Zbawiciela, jakim było realne składanie ofiar z baranków. Obydwa sposoby spełniają tą samą zasadę (i warunek) przystępowania przed majestat Boga: „przez zasługi Jezusa”.

Zwróćmy uwagę, że przed cytowanymi słowami wypowiedzianymi w wieczerniku, Jezus mówi to znane zdanie: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14:6). Jezus zawsze i nieprzerwanie był drogą przychodzenia do Ojca, jednak w Starym Przymierzu droga ta spełniała się w codziennych ofiarach składanych z baranków, natomiast w Nowym Przymierzu spełnia się w powoływaniu się na ofiarę Jezusa w codziennych modlitwach. Jest znamienne, że nasz Pan powyższe słowa wypowiada tuż przed słowami o przystępowaniu do Ojca „w moim imieniu”. Mówi o sobie jako jedynym „ogniwie” łączącym człowieka z niebem – tyle, że obecny wierzący musi już w modlitwach powoływać się na „moje imię”. Ellen White tak pisze o tym pod natchnieniem Ducha: „Bóg przyjmuje modlitwę tylko wtedy, kiedy zaniesiona jest w pokorze i skrusze oraz w imię Chrystusa. Ten, który słyszy i odpowiada na modlitwy, zna tych, którzy modlą się w pokorze serca. Prawdziwy chrześcijanin nie prosi o nic, chyba że będzie to prośba przedłożona w imię Chrystusa, nie spodziewa się też otrzymać niczego bez Jego wstawiennictwa” (8MR 195.2).


Jezus znakiem wiary i modlitwy


Zatem chrzest i wiara w istnienie Boga, a nawet w istnienie Jezusa, nie są wystarczające, aby móc przystąpić przed majestat Ojca. Gdyby one wystarczyły, Jezus nie wypowiadałby tych słów, ponieważ apostołowie w Jezusa wierzyli i chrzest przyjęli. Niektórym z nas może się wydawać, że skoro wierzymy w Jezusa, to automatycznie każdą swoją modlitwę do Ojca zanosimy w imieniu Jezusa. Tego argumentu nie da się jednak obronić w kontekście powyższych wypowiedzi Jezusa, które inaczej nie miałyby racji bytu, a które jasno stwierdzają: Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje… [zatem odtąd] o cokolwiek byście prosili Ojca w imieniu moim, da wam. Jezus wypowiada te słowa do apostołów, którzy za chwilę zostaną napełnieni Duchem Świętym, a On będzie Panem ich serc i najcenniejszym skarbem. Choć Chrystus mieszkał w ich sercach i cali żyli Chrystusem, to w modlitwach mieli powoływać się na imię Jezusa! Tak więc wiara w Jezusa i życie z Jezusem, nie zwalniały ich od powoływania się w modlitwach do Ojca na imię Jezusa. I nie zwalnia nas. Przeciwnie, powołanie się w modlitwie na imię lub zasługi Jezusa wyraża naszą wiarę w zasługi Jezusa i ich potrzebę w każdej chwili naszego życia. Z powyższych słów Jezusa wynika, że każda modlitwa domaga się powołania na Jego imię, czyli na Jego zbawcze i pojednawcze zasługi. Jeśli w modlitwie nie powołujemy się na imię lub zasługi Jezusa, to czy nie przystępujemy wtedy przed majestat Boga w swoim imieniu? Na to wygląda. Apostoł Paweł, pisząc Dlatego też może zbawić na zawsze tych, którzy przez Niego [Jezusa] przystępują do Boga, bo żyje zawsze, aby się wstawiać za nimi (Hbr 7:25), ma na myśli modlitwę. Wierzący w Jezusa nie jest zatem zwolniony od powoływania się na Jego zasługi, gdy przystępuje codziennie do Boga. Przeciwnie, właśnie dlatego, że wierzy w Jezusa i rozumie znaczenie Jego wyjątkowych zasług, a Jezus mieszka w jego sercu, zawsze przystępuje przed Boży tron „w imię Jezusa”. Te słowa są werbalną manifestacją jego wiary w odkupieńcze zasługi Jego Pana i potrzeby ich działania w jego codziennym życiu. W każdej chwili. „Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia” (Rz 10:10 BT). Nie istnieje wyznawanie wiary w Boga bez wyznawania Jezusa. Również w modlitwie, która jest codziennym wyznawaniem wiary. To Jezus definiuje wiarę w Boga. Skoro Jezus definiuje wiarę w Boga, to również On definiuje modlitwę do Boga.

Być może zapominamy w modlitwach o Jezusie, ponieważ nie dostrzegamy działania Jego zasług w codziennym naszym życiu. Albo w pełni nie zrozumieliśmy, ile zawdzięczamy Jego zasługom. A zawdzięczamy im wszystko. Nie tylko zbawienie i wieczne życie, ale każde dobro, jakie nas spotyka, każde dobro, jakie innym okazujemy, każdą radość, każde zwycięstwo nad pokusą i grzechem, pokój w sercu, wiarę, poznanie, odwagę, współczucie, miłość… każdą chwilę dobrego życia. Są to wszystko owoce zbawczych zasług Chrystusa. Chrześcijanin nie inaczej wyraża wiarę w to, że Bóg wysłuchuje jego modlitw, jak wtenczas gdy w modlitwie powołuje się na imię Jezusa. Nie powołując się na zasługi lub imię Jezusa okazuje de facto wiarę, że bez zasług Odkupiciela – czyli bez Jego ofiary – można otrzymać od Boga to, o co się prosi.

Powołanie się na imię Jezusa widzimy już w pierwszej modlitwie Kościoła, jaką zapisał Łukasz w Dziejach Apostolskich: „Przetoż teraz, Panie! wejrzyj na pogróżki ich, a daj sługom twoim ze wszystkiem bezpieczeństwem mówić Słowo Twoje, ściągając rękę Twoją ku uzdrawianiu i ku czynieniu znamion i cudów, przez imię świętego Syna twego Jezusa” (Dz 4:29-30 BG). Nie tylko zanoszenie próśb, ale także czynienie znaków, cudów, czy uzdrawianie, nie odbywa się bez powołania na imię Jezusa. Jezus jest jedynym rozpoznawalnym znakiem wiary chrześcijanina w Boga. Również znakiem chrześcijańskiej modlitwy. Bez tego znaku trudno byłoby odróżnić modlitwę chrześcijan od modlitw ludzi innych religii, a tym samym rozpoznać do jakiego Boga czy bóstwa są zanoszone. Znak ten odróżnia także prawdziwych apostołów od fałszywych apostołów (2 Kor 11:13, 2 P 2:1-3, Gal 2:4, 2 Tes 2:1-7, 2 J 9-11, Dz 20:29-30), którzy wprowadzili do modlitw nowe znaki wiary (imiona) w osobach nowych pośredników i orędowników. Wywyższając w modlitwie Jezusa, kierujemy wzrok wszystkich jej świadków na Odkupiciela. W postępowaniu tym spełnia się fundamentalna zasada wywyższania Chrystusa: „A gdy Ja będę wywyższony ponad ziemię, wszystkich do siebie pociągnę” (J 12:32). Tę zasadę modlitwa także musi spełniać. Powołanie się w modlitwie na Jezusa, wyraża naszą wiarę w fundamentalną prawdę o potrzebie zasług Jezusa w naszym życiu oraz usprawiedliwienia przed Bogiem w każdej chwili naszego życia, który ze względu na ofiarę swojego Syna (Jego sprawiedliwość), wysłuchuje nas i obdarza darami. Człowiek może o nie prosić Boga tylko ze względu na zasługi Jezusa, a Bóg tylko ze względu na zasługi swego Syna, może spełnić jego prośby (o ile są zgodne z Jego wolą – 1 J 5:14). Zatem Ojciec wysłuchuje nas nie ze względu na nas, ale wyłącznie ze względu na Jezusa, co nie oznacza, że sam nas nie kocha. Przeciwnie, pełnię swojej miłości do ludzi okazał w życiu i ofierze swojego Syna. Przed Bogiem jesteśmy jednak grzesznikami, którzy potrzebują pośrednika – Jego Syna (1 J 2:1-2, Rz 8:33-34, 1 Tm 2:5-6). Z tego właśnie powodu Bóg Ojciec prowadzi nas do Jezusa („Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał” – J 6:44), abyśmy razem z Jezusem przychodzili do Niego („Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” – J 14:6). I czy nie z powodu Jezusa uwierzyliśmy w Boga? (1 P 1:21). Lecz to Ojciec przyprowadził nas do swojego Syna. I zawsze do Syna kieruje, gdy zbaczamy z drogi wiary, którą wytyczył Jezus i którą On jest. Wielu z nas, wierzących zboru Laodycei (Ap 3:14-22), sądzi niestety, że może bezpośrednio przychodzić w modlitwach do Ojca. I tak często czynimy, o czym świadczą nasze modlitwy, w których nie powołujemy się ani na imię Jezusa, ani na Jego zasługi. Wtedy przystępujemy przed majestat Boga w swoim imieniu, swojej szacie i ze swoją „sprawiedliwością”.


Jezus koroną modlitwy


Nie ma możliwości przystąpienia przed majestat Ojca z pominięciem Jego Syna. Bez powołania się na imię Jezusa lub Jego zasługi z własnej prośby, współczucia, żalu oraz zasług czynimy de facto podstawę dla objawienia się Bożego miłosierdzia, łaski i otrzymania odpowiedzi. A tą podstawą zawsze są zasługi Jezusa. Nie mamy własnej sprawiedliwości i ani jednej zasługi, która pozwoliłyby nam stanąć przed majestatem Boga. Przed Wiekuistym Ojcem możemy stanąć, tylko przychodząc ze sprawiedliwością Jezusa i z Jego zasługami. Nawet uwolnienie od grzechów przeszłości i prowadzenie prawego życia dzięki uświęcającej mocy Ducha Świętego nie zmieniają tej sytuacji. Dobre uczynki i odmieniony charakter nie stają się naszą nową przepustką w przystępie do Ojca (to zresztą owoce działania Ducha Świętego). Tą przepustką są nadal – i w każdej modlitwie – zasługi Jezusa Chrystusa: „Chrystus otworzył nam drogę, abyśmy zbliżyli się do Boga. Mówi: »Wykorzystaj Moje imię. To będzie twój paszport do serca Mojego Ojca i do wszystkich bogactw Jego łaski«… To w imię Chrystusa jego wyznawcy stają przed Bogiem” (E. G. White, ST, 18.VI.1902, par. 6).

Przystępowanie w każdej modlitwie przed Boży tron w imię Jezusa nieustannie przypomina nam, że nasz grzech, choćby wydawał się niewielki, jest tak wielki, że wymagał śmierci Jezusa i wymaga Jego wstawiennictwa. Odmieniony chrześcijanin może w jakimś momencie pomyśleć, że sobie zawdzięcza zwycięstwa nad słabościami i grzechem. Może mu się zdawać, że zasługi Chrystusa są mu na co dzień mniej potrzebne. Czy tutaj nie leży jedna z przyczyn zapominania w modlitwie o zasługach Odkupiciela? Zapominanie w modlitwie o Jezusie powinno być dla nas sygnałem, że coś niedobrego dzieje się z naszym zrozumieniem Jego zasług, naszym życiem duchowym lub z więzią z Jezusem. Nie ma piękniejszej chwili w modlitwie do Ojca, jak chwila wywyższająca Jezusa i powołująca na Jego drogocenne zasługi. I nie ma smutniejszej modlitwy zanoszonej do Ojca od tej, która zapomniała o Jego Synu. Powołanie się na imię Jezusa jest ukoronowaniem każdej modlitwy. W modlitwie w ten właśnie sposób – przez wywyższonego Jezusa – wielbiony jest także Ojciec. Oczywiście najbardziej, gdy modlący żyje także z Jezusem i pełni Jego wolę. Ale nawet pierwsza modlitwa największego, lecz skruszonego grzesznika zostaje przyjęta przez Ojca, kiedy powołuje się na zasługi Jego Syna. Tym bardziej o Jezusie nie zapomina w modlitwie wierzący, który ma z Nim bliską więź. Jeśli jej nie ma, a sądzi, że posiada ją z Ojcem, to jest w głębokim błędzie. Nie istnieje więź z Bogiem Ojcem bez bliskiej więzi z Jego Synem. Motywacją do powoływania się w modlitwie na imię Jezusa nie może być jednak strach przed nie wysłuchaniem jej przez Ojca. Tą motywacją powinna być miłość Ojca, którą okazał nam w ofiarowanym jedynym swoim Synu – Jezusie Chrystusie.


Bogaty jestem w Jezusie


Czy zapominanie w modlitwie o zasługach Jezusa nie jest czasem jednym z przejawów samozadowolenia zboru Laodycei, który mówi Bogaty jestem i niczego nie potrzebuję(Ap 3:17)? Laodycejczycy mówią tak, gdyż fałszywie pojmują własne bogactwo i swoją wartość w oczach Boga. A tą wartością jest tylko Jezus. Nie teologia i prawdy biblijne, które poznali. One bowiem wywyższają Jezusa – nie siebie ani nawet ludzi wiary (J 5:39). Nie ma w Biblii prawdy nieświadczącej o Jezusie. Jeśli Laodycejczyk nie dostrzega Jezusa w każdej prawdzie Biblii, to znaczy, że nie poznał jeszcze Prawdy. Czyli najważniejszego jej składnika: Chrystusa. Jak bez Jezusa nie ma chrześcijańskiej wiary w Boga, tak bez Jezusa nie ma modlitwy do Boga, która wyraża chrześcijańską wiarę. Jeśli nasza wiara nie wywyższa w modlitwie Jezusa, to jaka to wiara? Moja własna, przejęta od innych czy Chrystusowa, otrzymana od Niego w darze? (Zob. Rz 10:17 BT, Ef 2:8-9, Rz 12:3, 1 Kor 12:7-9.11, Rz 10:10 BT)? Wiemy, że Laodycejczyk wierzy w Jezusa, lecz czym jest jego wiara, jeśli nie dotyka jej szata sprawiedliwości Chrystusa ani maść Ducha Świętego, ani złoto doświadczeń w ogniu wypróbowane (Ap 3:18)? Czy nie z tego powodu Jezus stoi za drzwiami i wciąż kołacze (Ap 3:20)? Brak tych trzech rzeczy w zasadniczy sposób kształtuje wiarę zboru Laodycei. W samozadowoleniu Laodycejczyka znajduje się odpowiedź dlaczego zapomina w modlitwach o Jezusie.

Laodycejczyk chodzący w szacie sprawiedliwości Chrystusa mówi inaczej od tego, który chodzi w swojej szacie. On mówi: „Bogaty jestem w Jezusie i niczego nie potrzebuję”.

Bóg Ojciec nie przyszedł do Kościoła sam, tylko ze Swoim Synem, dlatego i my możemy przyjść do Boga tylko z Jego Synem. Nie ma dostępu do Ojca bez Jego Syna. Jeśli do Ojca przystępujemy bez powołania się na imię Jezusa lub Jego zasługi – czyli de facto bez wyrażenia modlitwą wiary w Jezusa i potrzebę Jego zasług – to Bóg może jedynie skierować nas do Jezusa (J 6:44-45), pokazując właściwą drogę. Bo chrześcijanin także może z niej zejść, gdy traci z oczu Chrystusa (Hbr 12:1-2, J 3:14, J 12:32, J 8:28). Czy nie o tym jest w istocie list Jezusa do zboru Laodycei – o ponownym przyjęciu Jezusa? Czyli o ponownym zakochaniu się w Odkupicielu, zamiast w sobie?

Modlitwa zanoszona do Ojca i nie wywyższająca Jezusa (przez powołanie się na Jego imię lub zasługi) jest jak próba otwarcia bez klucza zamkniętych na klucz drzwi. A właściwie jak szarpanie za klamkę zamkniętych drzwi, gdy klucz znajduje się w zamku. I tym kluczem jest Jezus. Szarpiącym za klamkę jest natomiast ślepiec. Jakkolwiek byśmy siebie nie usprawiedliwiali, zapomnienie o Jezusie w modlitwie jest zawstydzającym znakiem naszej wiary. Świadczy o zakłóconej więzi z Odkupicielem i Arcykapłanem lub niezrozumieniu istoty Jego zasług i pełnionej przez Niego służbie w niebiańskiej świątyni. „W imię Jezusa” to oczywiście nie zaklęcie czy magiczna formułka, która niczym za dotknięciem różdżki zapewnia modlącemu Bożą akceptację i spełnienie jego próśb. Za słowami tymi stać musi wiara w działanie zasług Chrystusa, serce ufające Jezusowi oraz otwarte na wypełnianie Bożej woli. Słowa „w imię Jezusa” powinny być rzeczywistą manifestacją naszej wiary, która rozumie swoją pozycję przed Bogiem – całkowitą zależność od zasług Jezusa, gdyż własnych nie posiadamy. Tej stałej świadomości brakuje dzisiejszym Laodycejczykom. Pionierzy adwentyzmu posiadali ją, dlatego w modlitwach powoływali się na zasługi i imię Jezusa aż dwa razy – na początku i na końcu modlitwy. W tamtych czasach czynili tak prawdopodobnie inni protestanci (najpewniej też wcześniej), aby podkreślić, że przystępują przed Boży tron „przez Jezusa” oraz proszą i dziękują za wszelkie Boże błogosławieństwa „w imię Jezusa”. „Ale modlić się w imieniu Jezusa to coś więcej niż tylko wymawiać Jego imię na początku oraz na końcu modlitwy. To modlenie się w duchu i według myśli Jezusa, gdy wierzymy w Jego obietnice, ufamy Jego łasce i wykonujemy Jego dzieła” (E.G. White, Droga do Chrystusa, str. 126).


Nie tylko prosząc


Jeśli wierząca osoba nie powołała się w modlitwie na Jezusa, to skąd możemy mieć pewność, że nie przyszła przed Boży majestat ze swoją sprawiedliwością? Gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że z tym właśnie mają duży problem Laodycejczycy, którzy lubią chodzić w swojej szacie sprawiedliwości (Ap 3:18), pytanie to jest jak najbardziej zasadne. Czy istnieje jakiś związek między nie chodzeniem codziennie w szacie sprawiedliwości Chrystusa a zapominaniem o Jezusie w modlitwach? Jeżeli komuś najbardziej zależy na tym, aby chrześcijanin w modlitwie pominął Jezusa, to jest nim szatan. Wie, że gdy człowiek przystępuje do Bożego tronu bez Jezusa, sam siebie reprezentuje przed Bogiem. Wierzący, który codziennie chodzi w szacie sprawiedliwości Chrystusa, nie zapomni w modlitwie powołać się na zasługi Chrystusa. Więcej, będąc okryty Jego usprawiedliwiającą szatą, jeszcze bardziej będzie Go wywyższał, a jego usta w każdej modlitwie i każdym świadectwie wiary zaświadczą o najcenniejszym skarbie, jaki przyjął do serca – Jezusie Chrystusie (Mt 6:21, Ap 3:20). Posiadając również „maść na oczy” (Ap 3:18) – a więc Ducha Świętego – będzie czynił to, co czyni Duch Święty, który nieustannie wywyższa Jezusa (J 15:26, 16:14).

Powołanie się na Jezusa daje pewność, że modlitwa trafia przed tron Ojca, natomiast pominięcie Jezusa, tej pewności już nie daje. Gdy weźmiemy pod uwagę problem zboru Laodycei, który lubi chodzić we własnej szacie sprawiedliwości, wątpliwości się pogłębiają. Jeśli zgadzamy się z tym, że do Boga nie trafia modlitwa wierzących, którzy zanoszą ją do innych „świętych orędowników” – ponieważ w niebie tylko Jezus jest Orędownikiem (1 Tym 2:5, 1 J 2:1-2) – to musimy też przyjąć, że nie trafia do Boga modlitwa wierzącego, który pomija w niej jedynego Orędownika, Jezusa Chrystusa. Czym się różni nie powoływanie się na prawdziwego Orędownika, od powoływania się na fałszywego? W końcu obydwaj wierzący pomijają Jezusa. Pomijanie Jezusa w modlitwie zawsze ma ważną przyczynę i nigdy ona nie jest błaha, choć zadowolony z siebie Laodycejczyk może to bagatelizować.

Wydaje się, że wartość odkupieńczych zasług Jezusa doceniamy głównie przy wyznawaniu Bogu własnych win i grzechów. Nie zapominamy wtedy o słowach: Przebacz mi Ojcze przez zasługi Jezusa. Tymczasem zasługom Jezusa zawdzięczamy nie tylko przebaczenie grzechów, lecz wszelkie dobra jakie otrzymujemy z niebios. Dlatego Jezus powiedział, aby uczniowie w Jego imieniu o te dobra prosili („o cokolwiek” – J 15:16). Skoro mamy „o cokolwiek prosić w imię Jezusa”, to czy będziemy się dziwić, że i dziękować mamy „zawsze w imię Jezusa” – i to za każdy dar jaki dał nam Ojciec? „Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu i Ojcu w imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (Ef 5: 20 BT), „Bogu niech będą dzięki przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!” (Rz 7:25), „Najpierw dziękuję Bogu mojemu przez Jezusa Chrystusa za was wszystkich, że wiara wasza słynie po całym świecie” (Rz 1:8). Dlaczego za wszystko? Ponieważ każde dobro, jakie nas spotyka, małe czy wielkie, jest zasługą Jezusa, dzięki któremu Bóg zsyła na nas swoje dary: „Każde dobro, jakie otrzymujemy, i wszelki dar doskonały zstępują z góry, od Ojca świateł” (Jk 1:17).

Im bardziej myślimy i czujemy, że sobie, innym ludziom, szczęściu albo okolicznościom zawdzięczamy jakieś dobro, tym rzadziej będziemy dziękować „w imię Jezusa”. Dziękowanie Ojcu w „imię Jezusa” powinno być taką samą zasadą jak proszenie Go o dary i przebaczenie grzechu „w imię Jezusa”. Czy będzie nas dziwić, że również wielbić i chwalić Boga mamy „zawsze w imię Jezusa”!?: Przez Niego [Jezusa] więc składajmy Bogu ustawicznie ofiarę uwielbienia, to jest owoc ust, które wysławiają Jego imię” (Hbr 13:15 BP), „Jeśli kto usługuje, niech czyni to z mocą, której udziela Bóg, aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jego jest chwała i moc na wieki wieków. Amen” (1P 4:11), „Bogu, który jedynie jest mądry, niech będzie chwała na wieki wieków przez Jezusa Chrystusa. Amen” (Rz 16:27), (…) jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu, niech będzie przez Pana naszego Jezusa Chrystusa cześć i chwała, moc i panowanie przed wszystkimi czasy, teraz i po wszystkie wieki. Amen” (Jud 1:25). Wszystko, co czyni chrześcijanin, zawsze czyni „w imię Jezusa”! Czy rzeczywiście wszystko? Wszystko, cokolwiek czynicie w słowie lub w uczynku, wszystko czyńcie w imieniu Pana Jezusa, dziękując przez Niego Bogu Ojcu” (Kol 3:17). Nie inaczej jest z darami i obietnicami, które składać winniśmy Bogu także przez Jezusa Chrystusa, ponieważ tylko przez swojego Syna Ojciec może je przyjąć: „I wy sami jako kamienie żywe budujcie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu przez Jezusa Chrystusa (1P 2:5). Nasze dary są przyjemne Bogu, kiedy przenika je Chrystus – Jego dar nam ofiarowany. A co z chlubą w Bogu? Czy wtedy można pomijać Jezusa?: „A nie tylko to, lecz chlubimy się też w Bogu przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa, przez którego teraz dostąpiliśmy pojednania” (Rz 5:11).

Jezus jest jedyną drogą, którą chrześcijanin cokolwiek przynosi przed tron Ojca – swoje prośby,  dary, wdzięczność, dziękczynienie, uwielbienie, cześć, a nawet posłuszeństwo, poświęcenie, miłość i radość. To krew Jesusa Chrystusa nadaje im „woń miłą Bogu” (Ef 5:2 UBG). Wszystko u chrześcijan winno dlatego pachnieć Chrystusem – także modlitwa – ponieważ „jesteśmy miłą Bogu wonnością Chrystusa…” (2 Kor 2:15). Tak było już w Starym Testamencie, kiedy wierzący przychodził do Boga składając ofiarę, która wskazywała na ofiarę Syna Bożego – z tego właśnie powodu była „wonią miłą Panu”: „Wtedy zbudował Noe ołtarz Panu i wziął z każdego bydła czystego i z każdego ptactwa czystego, i złożył je na ofiarę całopalną na ołtarzu. I poczuł Pan miłą woń” (Rz 8:20-21), Przemów do synów izraelskich i powiedz im: Jeżeli ktoś z was chce złożyć ofiarę Panu, to niech złoży ofiarę swoją… niech przyprowadzi do wejścia do Namiotu Zgromadzenia, aby znaleźć upodobanie u Pana… kapłan wszystko to ofiaruje i spali na ołtarzu; jest to całopalenie, ofiara ogniowa, woń przyjemna dla Pana” (Kpł 1:1-13).

Kiedy Izraelita przychodził do świątyni przed majestat Boga, aby złożyć Mu podziękowanie, oddać chwałę, czy złożyć śluby poświęcenia dla Boga, również wtedy składał ofiarę (tzw. ofiary pojednania, całopalenia – Wyj 2-3). Przed oblicze Pana nie można było przystąpić bez ofiary, która wskazywała na Syna Bożego. Rolę tę spełniały także codzienne ofiary całopalne (poranna i wieczorna – Kpł 6:9-13) składane za cały Izrael. Składano je o stałych wyznaczonych godzinach (wtedy też wymieniano kadzidło na złotym ołtarzu i olej w lampach świecznika – Wyj 30:7-8) i Izraelici o tych właśnie porach wstępowali do świątyni (por. Dz 3:1, Łk 1:10), a w domach modlili się do Boga zwróceni twarzą w kierunku świątyni (1 Krl 8:30, Dan 6:11). Nawet ofiary śniadne z produktów rolnych, które były darem symbolizującym wdzięczność i poddaństwo oraz aktem hołdu dla Boga, wierzący zawsze składał wraz z ofiarą krwawą – całopalną lub pojednania (4 Moj 15:2, Kpł 2:1). Podobnie jest z chrześcijaninem, który przychodzi w modlitwie przed majestat Boga w świątyni niebiańskiej, aby Go prosić, dziękować Mu, czy oddać chwałę – powołuje się na ofiarę Chrystusa. Jeśli nie powołuje się na imię Chrystusa (czyli nie przychodzi z Barankiem Bożym, zatem de facto Go pomija), to tak, jakby w czasach Izraela grzesznik chciał przyjść do świątyni bez złożenia ofiary albo zupełnie nie zwracał uwagi na ofiarę. Było to nie do pomyślenia. Grzesznik proszący o wybaczenie grzechu, dziękujący za błogosławieństwa, czy oddający Bogu cześć, jest wciąż grzesznikiem potrzebującym pośrednika – Jezusa Chrystusa. Być może nasze zapominanie w modlitwie o Jezusie ma również związek z zapominaniem o służbie Chrystusa w świątyni niebiańskiej.


W Jezusie z Ojcem


Modlitwa pomijająca Jezusa na pewno nie cieszy Ojca, bo kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał” (J 5:23). Kto zatem chce uczcić Ojca, musi uczcić Syna. Także w modlitwie. Bez uczczenia Syna w modlitwie czczenie w niej Ojca jest daremne. Więź między Synem i Ojcem jest tak ścisła (J 14:10), że ten, kto pomija Syna, pomija Ojca; kto nie uwielbia Syna, nie uwielbia Ojca; kto nie oddaje chwały Synowi, nie oddaje jej Ojcu; kto nie widzi Syna, nie widzi też Ojca (J 12:45, 14:7-9). Zatem tylko miłując Syna, możemy doświadczyć miłości Ojca, bo „kto Mnie miłuje, tego też będzie miłował Ojciec” (J 14:21) bo „kto Mnie miłuje… i Ojciec mój umiłuje go” (w. 23). Jak nie istnieje wiara w Boga Ojca bez wiary w Jego Syna, tak nie istnieje miłość do Ojca bez miłości do Syna. Dlatego jedynym sposobem umiłowania i uwielbienia Ojca jest umiłowanie i uwielbienie Jego Syna, którą okazujemy Mu przestrzegając Jego przykazań (J 14:21-26). Nie ma innego sposobu oddawania Ojcu czci, chwały oraz okazywania Mu miłości. Ojciec oddał Jezusowi „wszelką władzę w niebie i na ziemi” (Mt 28:18), a wraz z nią „cały sąd przekazał Synowi(w.22). Ojciec „wszystko oddał w Jego ręce” (J 3:35), ponieważ tak miłuje Syna, który oddał życie za grzesznego człowieka. Dlatego wszystko co mi daje Ojciec, przyjdzie do Mnie” (J 6:37), stąd „wszystko”, co czynimy bez obecności w tym Syna, musi smucić Ojca. I smuci także Ducha Świętego, którego posłał Ojciec, aby wywyższał Syna i świadczył o Nim: „Gdy przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca… On świadczyć będzie o Mnie” (J 15:26), On Mnie uwielbi [dosłownie „wsławi”] (J 16:14). Jeśli Bóg Ojciec i Bóg Duch Święty tak wywyższają Syna Bożego, to co powinien czynić grzesznik, za którego On oddał życie?

Tajemnica Chrystusa, w tym tajemnica naszej zależności od Chrystusa, jest tak głęboka i przenika absolutnie wszystkie sfery naszej wiary i duchowego życia, że gdy tylko tracimy z oczu Jezusa, natychmiast zniekształca się w nas wiara oraz obraz Ojca. Apostoł Paweł tajemnicę tę wyraził słowami: „Oby nabrali otuchy i zjednoczeni w miłości doszli do całego bogactwa i pełnego zrozumienia, do głębszego poznania tajemnicy Boga – Chrystusa. W Nim są wszystkie skarby mądrości i poznania(Kol 2:2-3 BP). Chrystus jest Bożą tajemnicą wszystkich błogosławieństw niebios spływających na nas. W Jezusie znajdują się wszystkie skarby poznania. Także poznanie Ojca oraz moc modlitwy. Bez Chrystusa nasze poznanie prawdy i Boga Ojca będzie zawsze fałszywe lub powierzchowne. To Jezus jest naszymi oczami, którymi widzimy to, co niewidzialne. Także Ojca. Dlatego modlitwa zanoszona do Ojca bez przychodzenia „w imię Jego Syna”, jest ślepa. To Jezus jest tajemnicą każdej modlitwy. Jezus jest naszą modlitwą.

Duchowe zjednoczenie osoby wierzącej z Bogiem Ojcem dokonuje się jedynie przez zjednoczenie z Jego Synem: „Aby wszyscy byli jedno, jak Ty Ojcze we mnie, a Ja w Tobie… jak my jedno jesteśmy. Ja w nich, a Ty we mnie” (J 17:22-23). Wyrażenie „Ja w nich, a Ty we mnie”, ukazuje następującą zależność w tym zjednoczeniu: Jezus w wierzących, a w Jezusie Ojciec; czyli wierzący w Jezusie, a Jezus w Ojcu. Tak jedynie tworzy się bliskość, więź i wspólnota chrześcijanina z Bogiem Ojcem – wyłącznie przez bliską więź z Jego Synem. Nie istnieje społeczność z Ojcem, bez prawdziwej społeczności z Jezusem Chrystusem. Również w modlitwie. Gdy w modlitwie wywyższamy Jezusa, powołując się na Jego zasługi, to tak jakbyśmy modlili się razem z Jezusem. Kiedy w modlitwie pomijamy Jezusa, to tak jakbyśmy modlili się sami. I czy tak nie jest, gdy pomijamy w niej Odkupiciela? Całe życie chrześcijanina polega de facto na wywyższaniu, rozsławianiu, wysławianiu, opiewaniu, wychwalaniu, przyzywaniu, przywoływaniu i wzywaniu „imienia Jezusa”. I to na każdym miejscu: Paweł, powołany z woli Bożej na apostoła Chrystusa Jezusa, i Sostenes, brat, zborowi Bożemu, który jest w Koryncie, poświęconym w Chrystusie Jezusie, powołanym świętym, wraz ze wszystkimi, którzy wzywają imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa na każdym miejscu” (1 Kor 1:1-2).

Jeszcze raz natchniona chrześcijańska pisarka: „Uczniowie mieli wykonywać swoje zadania w imieniu Chrystusa. Każde ich słowo i każdy czyn miały kierować uwagę ludzi na Jego imię jako Tego, który ma żywą moc, dzięki której grzesznicy mogą być zbawieni. Ich wiara miała się skupiać w Tym, który jest źródłem miłosierdzia i mocy. W Jego imieniu mieli przedkładać swe prośby Ojcu, aby zostali wysłuchani… Imię Chrystusa miało być ich hasłem, wyróżniającym znakiem, spoiwem ich jedności, autorytetem do działania i źródłem ich powodzenia. W Jego Królestwie nic nie może być uznane, co nie nosi Jego imienia i sygnatury” (Działalność Apostołów, str.18, E. G. White).


Zawsze zasługi Jezusa


W „imię Jezusa” to najważniejsza reguła życia chrześcijanina, jak również jego oręż w walce z przeciwnościami i ciemnościami. To także najważniejsza reguła każdego zgromadzenia Kościoła: Albowiem gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18:20), „Gdy się w imieniu Pana naszego Jezusa Chrystusa zgromadzicie(1 Kor 5:4 BG). Jakże często nasze modlitwy rozpoczynające sobotnie nabożeństwa pomijają Jezusa! Czy niezaproszony Jezus jest na pewno wśród nas wtedy obecny? A czy zaproszony Ojciec może przyjść bez niezaproszonego Syna?

Nasze modlitwy zanosimy jednak nie tylko do Ojca, lecz również do Jezusa. Czy zwracając się do Jezusa o spełnienie jakichkolwiek naszych próśb, nie musimy już powołać się na Jego zasługi? Ani mówić: Jezu, proszę Cię o to wszystko ze względu na Twoje, a nie moje zasługi? Skoro Laodycejczyk potrafi przyjść do Ojca w swojej szacie sprawiedliwości, to czy nie może w niej przyjść również do Jezusa? Czyli prosić Go ze względu na siebie – swoją sprawiedliwość i zasługi? Podstawą wysłuchiwania modlitw nie jest nasze „dobre” serce, szlachetne intencje, prawość lub współczucie okazywane innym. Gdyby one były wystarczające, Jezus nie musiałby umierać. Tą podstawą są zbawcze zasługi Jezusa. Zawsze. Także wtedy, gdy prośby zanosimy do Jezusa. Kiedy Jezus wyjaśniał uczniom w wieczerniku zasadę zanoszenia modlitw do Ojca w „moje imię” (J 15:16, 16:23-26), to wcześniej zasadę tę odniósł również do modlitw zanoszonych do siebie. Powiedział:O cokolwiek prosić będziecie w imieniu moim, to uczynię, aby Ojciec był uwielbiony w Synu. Jeśli o co prosić będziecie w imieniu moim, spełnię to” (J 14:13-14). Tutaj Jezus mówi o modlitwach spełnianych przez Niego, a w 15 i 16 rozdziale o modlitwach spełnianych przez Ojca. Oczywiście wszystkie nasze modlitwy Ojciec i Syn spełniają razem, jednak dla wszystkich modlitw kierowanych przed Boży tron – czy do Ojca, czy do Jezusa – zasada pozostaje ta sama: zanoszone są „w imię Jezusa”, czyli przez zasługi Zbawcy.

Czy chrześcijanin okryty szatą sprawiedliwości Chrystusa, dla którego Jezus jest codzienną „drogą, prawdą i życiem” (J 14:6), codziennym chlebem wiary (J 6:53-59), jedyną nadzieją (J 12:32, 1 Tym 4:10), codziennym źródłem radości i pokoju (J 14:27), któremu zawdzięcza odkupienie (1 P 1:18-19), przebaczenie i orędownictwo w niebiańskiej świątyni (1 J 2:1-2, Hbr 8:1-2, 9:24-26), społeczność z Ojcem (J 17:22-23), Ducha Świętego (J 15:26), pokój Boży (Fil 4:7), Boże łaski i dary (J 1:16), wszelkie zwycięstwa (2 Kor 2:14) i wieczne życie (J 3:16), może o Jezusie zapomnieć w modlitwie?

Piotr Stanisławski